Wiele osób zajmujących się medycyną estetyczną pyta mnie, czym kieruję się, kupując nowe urządzenia i preparaty do mojej kliniki. Pacjenci z kolei pytają, dlaczego nie mam w ofercie zabiegów, które są aktualnie obecne w przestrzeni medialnej jako supernowości.
Najkrótsza odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi: logiką.
Na drugie: bo nie są tego warte.
Nowości technologiczne w medycynie estetycznej
W sprawie nowinek technologicznych moje podejście jest bardzo klarowne.
Najpierw sprawdzam:
- jak działa dana technologia,
- czy naprawdę wnosi coś nowego,
- czy może wspomóc metody, którymi już dysponuję.
Czasem technologia może mieć bardzo wąskie zastosowanie, ale mimo to w istotny sposób uzupełniać terapię. Tak jest na przykład z frakcyjną RF pulsacyjną, czyli urządzeniem Sylfirm, która chociaż nie usuwa przebarwień, to jest aktualnie niemal niezbędna w moich autorskich terapiach na przebarwienia.
Zobacz koniecznie: Rewolucja w leczeniu przebarwień
Jeśli widzę, że urządzenie jest sensowne, kupuję je.
Przy wprowadzaniu nowych technologii raczej nie obawiam się, że mogą zrobić pacjentowi krzywdę. Największe ryzyko jest zwykle takie, że dana technologia po prostu nie zadziała.
Zdarzało mi się kupić urządzenia, które nie wniosły niczego nowego do terapii. Wtedy wycofywałem się z ich stosowania.
Nie proponuję zabiegów, w które nie wierzę i które przynoszą słabe efekty, tylko dlatego, że kupiłem do nich sprzęt albo preparaty, albo przeszkoliłem się z ich stosowania.
Sztuka rezygnacji
Kiedy na rynku europejskim pojawiały się nici PDO, bardzo szybko się nimi zainteresowałem.
Na szkolenia latałem do Hiszpanii i wprowadziłem je do oferty jako jeden z pierwszych, a może nawet pierwszy lekarz w Polsce.
Bardzo szybko zweryfikowałem jednak swoje zdanie na ich temat. Kiedy na rynku polskim dopiero rozpędzała się moda na nici, ja już mocno ograniczałem ich zastosowanie.
W ofercie nadal mam:
- nici haczykowate — przy wąskich wskazaniach, gdy widzę sens i szansę na skuteczność,
- nici sprężynkowe.
Z nici biostymulacyjnych zrezygnowałem natomiast całkowicie, ponieważ efekty nie były wystarczająco zadowalające w porównaniu z innymi metodami, które stosuję.
Nowe opakowanie, czyli jak działa marketing w medycynie estetycznej
Mam dużą wiedzę na temat technicznych aspektów urządzeń oraz składników preparatów, ponieważ lubię wiedzieć, jak coś działa i jaki ma skład.
Bardzo często wystarczy, że przeczytam informację o urządzeniu lub preparacie i od razu mogę stwierdzić, że jego stosowanie nie ma sensu. Dla moich pacjentów bywa to problemem, bo widzą reklamy tych nowości i chcieliby doświadczyć ich działania u mnie.
Muszę im wtedy tłumaczyć, że nie mam tych zabiegów nie dlatego, że jestem mało nowoczesny, ale dlatego, że nie daję się omamić marketingowym przekazom.
Rynek działa tak, że sprzedaż napędzana jest nowościami. W medycynie estetycznej prawdziwie przełomowe nowości zdarzają się jednak rzadko.
Cała reszta to często stare rzeczy w nowym opakowaniu albo mamienie obietnicą.
Nowość na horyzoncie
W kontekście urządzeń pojawiła się niedawno technologia, która przykuwa moją uwagę, ponieważ ma szansę sensownie działać.
Zamierzam kupić to urządzenie wiosną i po 2–3 miesiącach testowania będę mógł powiedzieć więcej o tym, czy rzeczywiście spełnia pokładane w nim nadzieje.
To urządzenie ma bardzo dużo zalet i jedną wadę. W teorii działa trochę jak perpetuum mobile poprawiające jakość skóry w nieinwazyjny sposób, poprzez regenerację komórek oraz pobudzanie skóry do aktywności.
Wadą jest liczba zabiegów potrzebna do przeprowadzenia skutecznej terapii.
Mowa o 10–15 zabiegach, co może okazać się niepraktyczne, uciążliwe i kosztowne.
Na pewno wrócę do tego tematu szerzej w przyszłości, o ile będzie warto.
„Czemu pan tego nie ma?” O co pytają pacjenci lekarza medycyny estetycznej
„A czemu pan tego nie ma?” — często słyszę takie pytanie w kontekście różnych preparatów.
W ostatnim czasie najczęściej dotyczyło ono czterech grup:
- fibryny,
- preparatów z polinukleotydami,
- preparatu reklamowanego jako molekuła młodości,
- biostymulatora na bazie kolagenu.
Celowo nie podaję nazw marek, ponieważ nie chcę być posądzany o czarny PR.
Zależy mi jedynie na pokazaniu mechanizmu moich wyborów, a w tej sytuacji raczej świadomego braku wyboru ich stosowania.
Dla mnie w medycynie estetycznej liczą się:
- cel zabiegu,
- skuteczność,
- bezpieczeństwo.
Nie ma znaczenia, czy cel osiągnę zabiegiem A czy B.
Istnieje jednak pewien typ pacjentów, którzy chcą przyjść do gabinetu na konkretny zabieg i wykonać go bez zastanawiania się, czy rzeczywiście są do niego wskazania.
Wszystkie wspomniane preparaty promowane są jako super alternatywa odmładzająca, chociażby dla biostymulatorów.
Jak wiadomo, jestem ogromnym zwolennikiem biostymulacji, tyle tylko, że istnieje biostymulacja prawdziwa i pseudobiostymulacja.
Wszystko zależy od tego, jak coś interpretujemy i jaki próg przyjmiemy dla definicji.
To tak, jakby powiedzieć, że zjedliśmy śniadanie, jedząc ćwierć kromki suchego chleba albo trzy kromki z masłem, wędliną i pomidorem.
Wymienione preparaty ani nie są tak naprawdę aż taką nowością, ani nie wnoszą do stosowanych przeze mnie metod niczego, co uzasadniałoby ich stosowanie.
Przyjrzyjmy się im po kolei.
Fibryna bogatopłytkowa
Fibryna bogatopłytkowa w medycynie estetycznej pojawiła się niedawno, ale w stomatologii nie jest żadną nowością. Stosuje się ją od kilkunastu lat.
Z punktu widzenia efektów w zabiegach urodowych nie ma zbyt dużej wartości dodanej w porównaniu z osoczem bogatopłytkowym.
Nie jest wobec niego ani rewolucją, ani ewolucją.
Dokładnie pisałem o tym w artykule: Fibryna bogatopłytkowa – co to jest i czym się różni od osocza.
Nadużyciem jest traktowanie fibryny jako wypełniacza.
Jeśli fibryna pojawi się w ofercie mojej kliniki, to wyłącznie dlatego, że pacjentki bardzo się jej domagają. Działa porównywalnie do osocza bogatopłytkowego, więc nie będzie dla mnie supermetodą, ale raczej „innym rodzajem osocza bogatopłytkowego”.
Polinukleotydy
Preparat z polinukleotydami to w mojej ocenie niewiele wnosząca do medycyny estetycznej moda.
Polinukleotydy są fragmentami kwasu nukleinowego, które teoretycznie mają pobudzać tkankę do różnych działań.
Preparat ma dawać efekt ładnego wypełnienia i stymulacji, sam nie spełniając funkcji wypełniacza.
Preparatów jest kilka, choć najbardziej promowany jest jeden.
Po raz pierwszy spotkałem się z polinukleotydami za granicą 3 lub 4 lata temu. Nawet kupiłem testowo kilka opakowań preparatu.
Na tym zakończyło się moje zainteresowanie, ponieważ efekt w stosunku do reklamy był nieadekwatny.
Później pojawiły się inne preparaty. Gdy zobaczyłem, kto jest producentem, od razu wiedziałem, że marketingowo stanie się to hit, ale od strony praktycznej, czyli efektu, będzie duży rozdźwięk.
Mam prostą zasadę: jeśli coś nie działa, to tego nie wprowadzam, nawet jeśli pacjenci się o to dopominają i mógłbym na tym zarobić.
Preparat z polinukleotydami nie jest niebezpieczny i nie zaszkodziłby pacjentom, ale nie widzę sensu, żeby wydawali pieniądze na coś, co nie będzie zbyt skuteczne.
Gdyby była to równorzędna alternatywa, tak jak w przypadku fibryny i osocza, mógłbym się zastanawiać.
W tym przypadku tak nie jest.
Molekuła młodości
Mniej więcej dwa lata temu pojawił się w Polsce preparat zawierający tak zwaną „molekułę młodości”.
Dla mnie nie jest on żadną nowością, a jedynie wariacją na temat kwasu hialuronowego.
Tak jednak działa rynek, że wykorzystuje każdy efekt nowości.
W preparacie tym występuje większe stężenie kwasu hialuronowego niż w innych, a zamiast tradycyjnego sieciowania wykorzystuje się sieciowanie termiczne.
Czy jest to alternatywa dla tradycyjnego, sieciowanego kwasu hialuronowego?
Wystarczy wczytać się w rzetelne informacje od producenta, a nie od polskich dystrybutorów preparatu, by zobaczyć, że producent pozycjonuje go jako preparat dający efekty porównywalne do lekkich, rzadkich wypełniaczy, takich jak stosowane do wypełniania ust.
To oznacza efekty na 2–3 miesiące. Bardzo krótko.
Kolejnym sygnałem pokazującym, jak realnie działa ten preparat, jest to, że trzeba wykonać dwa zabiegi w odstępie miesiąca. To nielogiczne. Nie wykonuje się dwóch zabiegów wypełniaczem w odstępie około miesiąca, jeśli nie chce się większego efektu objętościowego. Chyba że jest to taki wypełniacz, który po miesiącu znika.
Wygląda więc na to, że jest to preparat dający trochę dłuższy efekt niż mezoterapia, ale za cenę wypełniacza.
Dla mnie jest to po prostu gorszy kwas hialuronowy, ponieważ efekt jest krótszy, kosztuje tyle samo, a dodatkowych zalet nie ma.
Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, które podkreślają firmy dystrybuujące preparat, to leczyłem już osoby z powikłaniami po nim. On również nie jest stuprocentowo bezpieczny. Jak każdy preparat.
Co do samej nowości — nie jest to aż taka nowinka, ponieważ preparat powstał w 2015 roku. W Polsce pojawił się 2–3 lata temu i właśnie u nas jest promowany tak, jakby był wielkim odkryciem.
Zobacz też: Kwas hialuronowy – znany i nieznany
Kolagen
Można byłoby napisać: powrót kolagenu.
Kolagen funkcjonował już wcześniej na rynku medycyny estetycznej. Był pierwszym wypełniaczem, ale miał sporo wad.
Przede wszystkim:
- krótko się utrzymywał,
- mocno alergizował.
Dlatego wypadł z rynku i został zastąpiony przez kwas hialuronowy.
Później pojawiły się biostymulatory jako lepsza, moim zdaniem, alternatywa dla kwasu hialuronowego.
Niedawno kolagen powrócił jako preparat nowej generacji. W praktyce ten powrót nie wiąże się z niczym rewolucyjnym, a raczej wykorzystuje medialność słowa „kolagen” i jego dobre skojarzenie z młodością.
Preparaty z kolagenem są wypełniaczami wykorzystującymi kolagen zwierzęcy, na przykład koński, oraz niewiedzę ludzi i automatyzm skojarzeń.
Każdy organizm produkuje kolagen.
Podanie człowiekowi obcego kolagenu najprościej byłoby porównać do przeszczepu.
Wiadomo, że nie jest łatwo przeszczepić narząd, na przykład serce. Aby organizm nie odrzucił narządu, konieczne jest przyjmowanie leków immunosupresyjnych.
Zobacz też: Wszystko o kolagenie
Jeśli chodzi o kolagen, każdy z nas ma swój własny, o unikalnej budowie.
Wiadomo więc, że kolagen podany w zabiegu wypełniania nie przyjmie się i nie wbuduje jako własny.
Jest jedynie formą wypełniacza, który na jakiś czas powoduje:
- wypełnienie tkanek,
- delikatne pobudzenie,
- odżywienie.
Na pewno kolagen nowej generacji jest bardziej oczyszczony i nie alergizuje tak bardzo. Dla mnie nie jest jednak żadną rewolucją i z punktu widzenia metod, które stosuję, nie daje mi żadnych dodatkowych ani lepszych rozwiązań.
Jak oceniam nowości w medycynie estetycznej
Jeśli ktoś z moich czytelników jest bardzo euforycznie nastawiony do jakiejś nowości, a chce upewnić się, czy rzeczywiście jest ona sensowna, najprostszą metodą jest sprawdzenie, czy znajduje się w ofercie mojej kliniki.
Jeśli nie, oznacza to prawdopodobnie, że medycyna estetyczna dysponuje już lepszymi metodami na dany problem.
Polecane tematy
- Skuteczność medycyny estetycznej
- Prawdziwe oblicze medycyny estetycznej
- Oszustwa w medycynie estetycznej
- Hity i kity medycyny estetycznej 2014
- Powikłania w medycynie estetycznej – jak ich unikać
- Czy da się odwrócić powikłania po kwasie hialuronowym?
Powyższy materiał ma charakter informacyjny i edukacyjny.
Nie stanowi porady medycznej ani indywidualnej rekomendacji terapeutycznej.
Każdy przypadek wymaga indywidualnej konsultacji z lekarzem oraz odpowiedniej diagnostyki.



