Bardzo często jedna, pozornie niewielka decyzja może całkowicie odmienić życie pacjenta. Gdybym miał pisać sztuki teatralne na podstawie historii, które rozgrywają się w moim gabinecie, kiedy trafiają do mnie osoby z powikłaniami po zabiegach medycyny estetycznej, jedne przypominałyby farsę, inne dramat. Czasami z zaskakującym zwrotem akcji, w którym od jednej decyzji zależy nie tylko zdrowie, ale nawet życie pacjenta.
Historia, którą opisuję poniżej, wydarzyła się naprawdę. Pokazuje, jak ogromne znaczenie ma właściwa ocena ryzyka oraz dlaczego w medycynie nie można działać według prostych schematów.
Zawiązanie akcji
W tej historii wystąpiły trzy osoby: pacjentka, kosmetyczka wykonująca wcześniej zabieg oraz ja – lekarz, do którego obie panie zgłosiły się po pomoc.
Na początku chcę podkreślić coś bardzo ważnego. Kosmetyczka nie próbowała unikać odpowiedzialności. Wręcz przeciwnie – przyszła razem z pacjentką i aktywnie szukała rozwiązania problemu. To postawa, którą należy docenić, ponieważ w swojej praktyce spotykam się z bardzo różnymi reakcjami osób wykonujących zabiegi.
Powikłanie pojawiło się po podaniu kwasu hialuronowego w obrębie twarzy. Zastosowany preparat był produktem średniej klasy, czyli nie należał do najgorszych dostępnych na rynku, a sam zabieg został wykonany technicznie poprawnie. Teoretycznie nic nie wskazywało na to, że wystąpią problemy. Najprawdopodobniej doszło do indywidualnej, niekorzystnej reakcji organizmu na preparat, co – choć zdarza się rzadko – jest możliwe. Około dwóch tygodni po zabiegu pojawiły się znaczne zgrubienia, a twarz zaczęła wyraźnie puchnąć.
Pacjentka miała wyjątkowego pecha, ponieważ był to jej pierwszy zabieg medycyny estetycznej.
Obie panie bardzo dokładnie opisały przebieg całej sytuacji. Gdy przeprowadziłem własny wywiad medyczny, uznałem kwalifikację do zabiegu za graniczną. Otrzymałem informacje sugerujące możliwość występowania choroby autoimmunologicznej. Nie były one jednoznaczne na tyle, aby stanowiły bezwzględne przeciwwskazanie do podania kwasu hialuronowego, jednak z mojego punktu widzenia wymagały znacznie głębszej analizy przed podjęciem decyzji o wykonaniu zabiegu.
W praktyce wiele osób wykonujących takie procedury nie drąży tego tematu. Tymczasem właśnie na tym polega różnica pomiędzy mechanicznym wykonywaniem zabiegów a świadomą oceną ryzyka.
Nie opisuję tej historii po to, aby krytykować konkretną osobę. Przeciwnie – zależy mi na pokazaniu problemu systemowego. Zbyt często zabiegi ingerujące w żywy organizm traktowane są jak rutynowe procedury kosmetyczne, a powikłania oceniane są według prostych schematów.
Najczęściej nie wynika to ze złej woli, lecz z niewiedzy. A niewiedza prowadzi do braku wyobraźni i automatycznego podejmowania decyzji bez pełnego zrozumienia możliwych konsekwencji.
Już podczas pierwszej rozmowy zauważyłem dwie rzeczy. Po pierwsze – o samym powikłaniu łatwiej było rozmawiać z pacjentką niż z osobą wykonującą zabieg. Po drugie – dostrzegłem bardzo charakterystyczny sposób myślenia: „to nic poważnego”, „wszystko będzie dobrze”, „nie ma powodów do niepokoju”. Gdyby pacjentka całkowicie zaufała takiemu podejściu, konsekwencje mogłyby okazać się naprawdę dramatyczne. Dlaczego?
Laseroterapia na naczynka na nogach
Do usuwania naczynek na nogach nie nadają się te same lasery, których używa się do zamykania naczynek na twarzy. Wynika to z budowy naczyń oraz ich położenia. Naczynka na nogach są zwykle większe, znajdują się głębiej i wymagają zastosowania urządzeń o znacznie większej mocy oraz większej głębokości penetracji.
Podczas laseroterapii celem jest podgrzanie naczynia do temperatury około 70–80°C. Problem polega na tym, że krew cały czas przepływa przez naczynie. Aby uzyskać odpowiedni efekt, należy dostarczyć dużą ilość energii w bardzo krótkim czasie. Im większe naczynie, tym większa dawka energii jest potrzebna.
Jeżeli laser jest zbyt słaby, podgrzana krew odpłynie, zanim osiągnie temperaturę niezbędną do zamknięcia naczynia. W jej miejsce napłynie chłodniejsza krew i zabieg okaże się nieskuteczny.
Niestety nadal spotykam się z sytuacjami, w których do usuwania naczynek na nogach wykorzystywane są urządzenia o zbyt małej mocy. Efektem jest brak oczekiwanych rezultatów i rozczarowanie pacjentów. Odpowiednio mocne lasery istnieją, jednak są kosztowne, dlatego nie są powszechnie dostępne.
Dodatkowym utrudnieniem jest kolor naczynek. Mogą być czerwone, niebieskie, zielonkawe lub sino-fioletowe. Najłatwiej usuwa się naczynka czerwone. Im bardziej ich kolor zbliża się do niebieskiego, tym leczenie staje się trudniejsze. Znaczenie ma również lokalizacja – im niżej na nodze znajduje się naczynie, tym większe wyzwanie terapeutyczne.
Ile zabiegów laserem potrzeba?
Nie należy oczekiwać trwałego efektu po jednym zabiegu. Jeżeli bezpośrednio po impulsie lasera naczynko znika, najczęściej jest to jedynie efekt chwilowego zatrzymania przepływu krwi.
Optymalna terapia obejmuje zwykle serię 3–5 zabiegów. Pozwala to nie tylko zamknąć naczynie, ale również doprowadzić do jego stopniowego wchłonięcia wraz z zawartością. Proces ten trwa zazwyczaj około dwóch miesięcy, choć u części pacjentów może wydłużyć się nawet do ponad pół roku.
Końcowy efekt terapii oceniam najczęściej po około 5–6 miesiącach od rozpoczęcia leczenia. Nie oznacza to jednak, że wszystkie naczynka znikną całkowicie. Zdarza się, że dochodzi do takiego uszkodzenia naczynia, iż pod skórą pozostaje tzw. mikrotatuaż. W takich sytuacjach konieczne bywają kolejne zabiegi, czasami z wykorzystaniem innego rodzaju lasera.
Skuteczność laserowego usuwania naczynek na nogach oceniam na około 70%.
Laseroterapia nie jest całkowicie pozbawiona działań niepożądanych. W okolicy kostek może pojawić się tzw. matting, czyli sieć bardzo drobnych naczynek tworzących czerwoną plamę. Charakterystyczne jest to, że po uciśnięciu skóry miejsce bieleje, a po zwolnieniu ucisku ponownie staje się czerwone. Nie jest to jednak poważne powikłanie i w większości przypadków również można je leczyć laserowo.
Wyjaśnię to w dalszej części.
Jaki laser sprawdza się najlepiej?
W mojej ocenie najlepszym rozwiązaniem do usuwania naczynek na nogach jest laser neodymowo-YAG z długim impulsem. Zapewnia on najlepsze możliwości leczenia naczyń położonych głęboko i o większej średnicy.
Laser diodowy o długości fali około 930 nm, choć teoretycznie powinien dawać zbliżone efekty, w praktyce okazuje się mniej skuteczny od lasera neodymowo-YAG. Jeszcze słabsze rezultaty obserwuję przy laserach emitujących światło zielone.
Laser bromkowo-miedziowy, emitujący światło żółte, może przynieść zadowalające efekty, jednak przede wszystkim w przypadku czerwonych naczynek. Dlatego, biorąc pod uwagę skuteczność oraz zakres zastosowań, laser neodymowo-YAG pozostaje moim pierwszym wyborem.
Usuwanie naczynek na nogach należy do bardziej bolesnych zabiegów. Nawet intensywne chłodzenie pola zabiegowego nie zawsze pozwala całkowicie wyeliminować dyskomfort. Jeżeli naczynie znajduje się głęboko, zastosowanie znieczulenia często nie jest możliwe.
Laser czy skleroterapia?
Pacjenci często pytają, która metoda jest skuteczniejsza – laseroterapia czy skleroterapia. Nie ma jednej odpowiedzi, ponieważ wybór zależy przede wszystkim od rodzaju i wielkości naczynek.
W mojej praktyce laseroterapia daje wyższą skuteczność i wiąże się z mniejszym ryzykiem powstania mikrotatuaży. Trzeba jednak pamiętać, że jest zabiegiem bardziej bolesnym. Z drugiej strony nie każde naczynko kwalifikuje się do leczenia laserowego. W przypadku większych naczyń lepszym rozwiązaniem pozostaje skleroterapia.
Na początku artykułu wyjaśniłem, skąd biorą się problemy z naczynkami na nogach. Warto jeszcze odpowiedzieć na pytanie, jak można ograniczyć ryzyko ich powstawania.
Najważniejszym elementem profilaktyki jest codzienna aktywność fizyczna. Wbrew często powtarzanej opinii znacznie korzystniejsza od leżenia z nogami uniesionymi do góry jest regularna praca mięśni łydek, która wspomaga krążenie żylne.
Nie mam na myśli krótkiego przejścia z domu do samochodu czy z parkingu do biura. Chodzi o przynajmniej dwudziestominutowy marsz, który każdego dnia pobudza pracę mięśni łydek i wspiera prawidłowy przepływ krwi. Krótko mówiąc – warto chodzić jak najwięcej.
Powyższy materiał ma charakter informacyjny i edukacyjny. Nie stanowi porady medycznej ani indywidualnej rekomendacji terapeutycznej. Każdy przypadek wymaga indywidualnej konsultacji z lekarzem oraz odpowiedniej diagnostyki.




Magdalena | 2024/04/14
|
dziękuję że porusza Pan ten temat. też jestem alergikiem po wstrząsach anafilaktycznych i też naciskam się na brak profesjonalizmu w branży beauty. nigdy już nie pójdę do nikogo innego niż lekarz. i jedna bardzo ważna kwestia – każda kolejna reakcja anafilaktyczna na dany alergen nie jest lżejsza a silniejsza!!! tak więc ignorancja i chęć zarobku oraz naprawy swych błędów mogła zwyczajnie zabić pacjentkę