Wiele razy pisałem na blogu o tym, jak bardzo nieuregulowany jest rynek medycyny estetycznej i jak niska jest świadomość różnicy między zabiegiem wykonanym profesjonalnie a partactwem. Ten brak regulacji od lat działa na niekorzyść pacjentów, prowadząc do nadużyć, manipulacji i zwyczajnego narażania zdrowia. Jednak od początku tego roku odnoszę wrażenie, że coś zaczyna się zmieniać w społecznym postrzeganiu naszej branży. I jest to zmiana w dobrym kierunku.
Oczywiście, nie mam złudzeń – wiele wody jeszcze upłynie, nim ten proces się ustabilizuje. Wciąż głównym mechanizmem niszczącym renomę medycyny estetycznej są media społecznościowe.
Na TikToku czy Instagramie każdy może bezkarnie mianować się ekspertem, a nawet szkoleniowcem. Produkcja filmików, które manipulują lub wprowadzają w błąd, to najprostszy sposób na pozyskiwanie nieświadomych klientów.
Ponieważ nie jest to ani zabronione, ani skutecznie banowane, ten trend szybko nie wygaśnie.
Jednocześnie jednak rośnie grupa świadomych pacjentów, którzy rozumieją, że medycyna estetyczna to zabiegi inwazyjne, wymagające wiedzy medycznej.
Urzędy w końcu reagują
Do tych pozytywnych zmian przyczyniło się kilka istotnych wydarzeń z ubiegłego roku.
Kluczowy był komunikat Ministerstwa Zdrowia w sprawie uprawnień do wykonywania zabiegów medycyny estetycznej. Resort jednoznacznie wskazał, jakie procedury mogą być wykonywane wyłącznie przez lekarza. Pisałem o tym szeroko w artykule: „Kto może wykonywać zabiegi medycyny estetycznej. Koniec samowolki?”
Wywołało to spory szum medialny i uświadomiło wielu osobom, że „robienie ust” u kosmetyczki to nie jest kwestia wyboru usługi, a kwestia bezpieczeństwa.
Kolejnym ważnym głosem był komunikat FDA (Amerykańskiej Agencji ds. Żywności) dotyczący powikłań po zabiegach RF mikroigłowej. Przekaz był jasny: medycyna estetyczna to nie zabawa, tylko inwazyjna ingerencja w tkanki, która przy braku kompetencji operatora może przynieść fatalne skutki.
Zobacz:
Czy RF mikroigłowa jest bezpieczna? FDA ostrzega, ale czy jest się czego bać?
Jeszcze wcześniej, jako zwiastun tych zmian, pojawiła się pilna notatka bezpieczeństwa, wydana przez URPL (Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych) na temat stosowania kwasu polimlekowego w okolicach oczu. Urząd poinformował wprost: podawanie tego preparatu w tę okolicę jest niezgodne z ulotką i może skutkować grudkami, a osoby bez wykształcenia medycznego w ogóle nie powinny wykonywać takich zabiegów. („Pilna notatka bezpieczeństwa na temat preparatu z kwasem polimlekowym – co to oznacza dla rynku beauty? )
Ten sam urząd doprecyzował później definicję „profesjonalisty” w odróżnieniu od „laika”. Zgodnie z prawem, wyroby medyczne przeznaczone do wstrzyknięć mogą stosować wyłącznie osoby posiadające zawód medyczny (lekarz, pielęgniarka, technik dentystyczny, ratownik medyczny).
Polecamy:
Profesjonaliści i laicy, czyli przełomowy komunikat na temat kompetencji w medycynie estetycznej
Czarny rynek i „układy mafijne”
Obok działań urzędowych, media zaczęły nagłaśniać afery z nielegalnymi produktami. Głośny ostatnio przypadek mężczyzny zatrzymanego przy paczkomacie, rozsyłającym paczki z toksyną botulinową niewiadomego pochodzenia pokazał skalę problemu. Handel lekami na receptę bez zezwolenia jest przestępstwem. Ale jest też aspekt medyczny: brak kontroli temperatury, niewiadomy skład, ryzyko podania soli fizjologicznej albo czegoś znacznie gorszego. Kupowanie preparatów z „szarej strefy” działa trochę jak układ mafijny. Oszukany nabywca nie pójdzie na policję, bo musiałby przyznać, że sam działa nielegalnie.
Media widzą problem: ciemna strona medycyny estetycznej
Ostatnio wyraźnie czuję większe zainteresowanie tymi tematami ze strony dziennikarzy. W różnych programach, wywiadach i podcastach tłumaczę, że dzisiejsza medycyna estetyczna jest znacznie bardziej inwazyjna niż dekadę temu. To dobrze, bo jest skuteczniejsza, ale margines błędu drastycznie się skurczył. Przy nieinwazyjnych zabiegach szkody były małe, a dziś błąd może oznaczać duże problemy.
Mówiłem o tym m.in. dla portalu Onet, a w reportażu dla TVN poruszyłem kwestię nadużywania zabiegów przez 20- i 30-latki. To potężny problem. Młode kobiety są bezwzględnie naciągane przez przemysł beauty na zabiegi, których nie potrzebują. Skutki tej „kumulacji” preparatów w tkankach często objawiają się z opóźnieniem, po latach.
OnetRano:
Wyświetl ten post na Instagramie
TVN
Wyświetl ten post na Instagramie
Prawda kontra iluzja
Kluczem do zmiany jest edukacja. I to nie tylko profesjonalistów, ale przede wszystkim pacjentów. Wielu pacjentów trafia do mojego gabinetu właśnie dlatego, że nie obiecuję „gruszek na wierzbie”. Doceniają rzetelne przedstawienie blasków i cieni, a przede wszystkim ryzyka. To kontrastuje z lukrowanym przekazem w social mediach, gdzie każdy zabieg ma być „cudowny” i dawać efekt „dziesięć razy piękniejszej twarzy” za ułamek ceny.
Często słyszę pytania o efekty i jestem szczery: spektakularna metamorfoza nie nastąpi po jednym zabiegu za tysiąc złotych. To proces. Prawdziwe odmłodzenie wymaga planu, wielu technologii i budżetu rzędu kilkunastu czy więcej tysięcy złotych rozłożonych w czasie.
Myślenie, że dziesięć wizyt po 500 zł przyniesie spektakularną zmianę wyglądu osobie 45 letniej, to iluzja sprzedawana przez ludzi, którzy nie rozumieją fizjologii starzenia.
Kiedyś pytano mnie, czy pisząc o powikłaniach, nie zniechęcam ludzi do medycyny estetycznej. Dziś widzę, że ta konsekwencja się opłaciła. Moja rzetelność jest doceniana, a pacjenci mają już dosyć, i zrozumieli „sztuczki” z social mediów, szukają prawdy, nie filtrów z Instagrama. Będę to kontynuował, bo czas w końcu oddzielić ziarno od plew. Myślę, że ten moment jest bliżej, niż nam się wydaje.



