Marek Wasiluk
 

Laserowy iniektor – hit czy kit? Czyli o granicach zakłamania

Zapytała mnie niedawno pacjentka, czy jest sens wykonywania zabiegu, który pojawił się ostatnio w wielu gabinetach. Nie podaję jego nazwy, ale chodzi o zabieg reklamowany jako zupełna nowość na rynku medycyny estetycznej, jako coś nowoczesnego, „medycznego”, jako „pierwszy na świecie laserowy iniektor”. W zabiegu używa się urządzenia oraz dedykowanego mu preparatu.

„Laserowy” wabik

Zabieg pojawił się w ubiegłym roku. Jest promowany jako cudowne remedium na wszystko: niweluje zmarszczki, ma działanie wolumetryczne, a nawet zmniejsza widoczność blizn i rozstępów.

Po pierwszym zdaniu opisu pomyślałem, że może chodzi o jakiś rodzaj wstrzykiwania czegoś laserowo w ciało. Im jednak dłużej czytałem, tym bardziej czułem się zażenowany.

Kiedy czyta się jedną z płatnych reklam tej metody, to na poziomie emocji robi ona wielkie wrażenie. Kiedy jednak włączy się myślenie – widać, że jest to manipulacja.

Przyjrzyjmy się temu bliżej.

„Laserowy iniektor – pierwszy na świecie”. Wiadomo, że na odbiorcach zawsze robią wrażenie słowa „laserowy” i „pierwszy na świecie”. Ale zaraz się okazuje, że to jest laser o małej mocy, który tak naprawdę niczemu nie służy oprócz… świecenia. Czyli to tak, jakbyśmy reklamowali pierwszy samolot, który ma skrzydła, ale nie lata. Więc słowo „laserowe” jest wyłącznie po to, aby zrobić dobre wrażenie.

W urządzeniu jest też prąd o odpowiednich parametrach, który ma oddziaływać na skórę i umożliwiać wnikanie substancji do skóry. O tym napiszę za chwilę.

Czy to legalne?

Drugą istotną kwestią w komunikacie reklamowym było to, że metoda „wypełnia”, a dalej, że „substancje wnikają do poziomu skóry właściwej”, że „zatrzymują się w naskórku” i tam „dostają się do krwi”.

Hm… czyli co ulega wypełnieniu? Żylak, nos, palec czy jeszcze inna część ciała, do której dociera krew?

Trzecia sprawa – podobno używany preparat ma status leku. Sprawdziłem w wykazie leków zarejestrowanych w Polsce – nie ma w nim nic takiego zarejestrowanego, więc albo nie jest to lek, albo jest to lek podawany nielegalnie. A jeśli tak, to biorąc pod uwagę, że zabieg dostępny jest w salonach kosmetycznych, kosmetyczki muszą być naprawdę odważne, że podejmują się leczenia bez kwalifikacji i do tego nielegalną substancją.

Kolejna rzecz to informacja, że patent i technologia pochodzą z 2021 roku.

Nie znam dokładnie parametrów prądu używanego w tym urządzeniu, bo nie mam dostępu do informacji technicznych. Wiadomo, że po potraktowaniu skóry prądem zwiększa się jej przepuszczalność, ale tego typu urządzenia były już 10 lat temu.

Więc ktoś miał patent na niebieską dachówkę, a oni opatentowali czerwoną.

Efekt zabiegu jest podobno natychmiastowy i spektakularny. Pokazane są zdjęcia przed i po. Ale na filmiku reklamowym jest młoda kobieta i tak naprawdę niewiele widać.

Déjà vu, czyli znowu „laserowy” marketing

Przypomniała mi się historia sprzed kilku lat, gdy pojawił się „laser, który usuwa białe i siwe włosy”. Nie dość, że jest to głupota, bo nie da się laserem usunąć białych włosów, gdyż nie ma w nich barwnika, to w dodatku ktoś tak zapętlił się w przekonywaniu o unikatowości tego lasera względem białych i siwych włosów, że z przekazu wynikało, iż laser usuwa tylko białe i siwe, a czarnych czy brązowych już nie.

Ten tekst, który zatytułowałem „O laserze dla gęsi”, miał u mnie na blogu bardzo dużą popularność, dopóki nie dostałem pisma od prawnika producenta lasera, że szkaluję dobre imię firmy, bo użyłem nazwy lasera.

Nie sprawdzałem, czy gdybym w mniej prześmiewczy sposób pokazał absurdalność ich „patentu”, też grożono by mi sądem. Nie zdecydowałem się na dyskusję merytoryczną z firmą, ani poprzez pisma, ani w razie czego przed sądem. Artykuł wycofałem.

Wracając do tematu artykułu. Przeżywam pewne déjà vu i widzę wielką manipulację. Znowu epatowanie lekiem, który przypomnę jest niezarejestrowanym lekiem w Polsce albo lekiem nie jest. Znowu podkreślanie „laserowe” urządzenie, żeby tylko hasło „laser” nadało metodzie rangi.

Czy urządzenie naprawdę wtłacza substancje do skóry właściwej?

Dalej czytam, że urządzenie „wtłacza substancje do poziomu skóry właściwej”, czyli de facto tylko do naskórka.

Naskórek ma grubość około 0,3 mm. Mówienie, że wtłacza się substancje w cienki naskórek, jest śmieszne. To tak, jakbyśmy chcieli wtłoczyć w arkusz pergaminu pół litra wody.

Zdecydowanie właściwsze byłoby określenie „skropienie”.

Ale to jeszcze nie koniec ciekawostek. Dalej jest opis, że zabieg polega na tym, że smaruje się skórę preparatem umieszczonym w strzykawce i jeździ się po niej urządzeniem.

Po 15 minutach widoczne są efekty zmniejszenia zmarszczek o 76% oraz ujędrnienia i zagęszczenia skóry.

Ten „cudowny retusz” i „wolumetrię” porównałbym do tego, że mamy samochód cały w rdzy, ale jak spryskamy go farbą, to od razu staje się ładny.

Wypełniacz bez igły – czy to ma sens?

Zabieg określa się jako „wypełniacz bez użycia igły”. Wiem, że brzmi to ładnie, ale bez użycia igły z założenia żadnego wypełniacza nie da się zrobić.

To tak, jakby ktoś chciał w rękawicach bokserskich uformować pierogi.

Igła jest potrzebna nie tylko do podania preparatu w głąb tkanki, ale też dla precyzji. W jednym miejscu podajemy mniej, w innym więcej; raz głębiej, raz płycej.

Naskórek jako „magazyn preparatu”?

Pojawia się też informacja, że w naskórku znajdzie się od 5 do 30% zaaplikowanego preparatu. Jeśli firma daje taki duży rozstrzał, to znając realia, raczej chodzi o te 5%.

Czytam też, że naskórek jest traktowany jako magazyn preparatu, który potem jest rozprowadzany po organizmie przez kolejne 7 dni. A więc ten 0,3 mm grubości naskórek jest rezerwuarem składników przez tydzień! To można określić cudem.

Ktoś chyba naprawdę przesadził. Urządzenie pojawiło się w renomowanych gabinetach.

Ilość kitu, jaki można wcisnąć, jak widzę, nie ma granic, a część osób, które się nie znają i które nie będą chciały włączyć logicznego myślenia, będzie to łykała jak pelikan ryby.

Czy technologia prądu ma sens?

Odniosę się jeszcze do technologii traktowania skóry prądem o pewnych parametrach, która ułatwia wnikanie PEWNYCH, nie każdych, substancji.

To nic nowego. Ja na ten temat pisałem pracę naukową na studiach w UK. Mam nawet takie urządzenia w klinice i stosuję tę technologię do bezbolesnego podawania botoksu np. w zabiegach na potliwość.

Ta technologia jest też stosowana czasem w pewnych zabiegach medycznych, przy dolegliwościach i bólach.

Więc sam pomysł na zabieg jest ok, ale to NIE jest ani zabieg wolumetryczny, ani ujędrniający skórę, tylko lekki zabieg kosmetyczny, a w zasadzie metoda, którą możemy do skóry pewne rzeczy – te, które są w stanie przeniknąć barierę naskórka – wtłaczać.

Natomiast to, co zastosowała ta firma, to przede wszystkim kreatywność marketingowa.

Jak odróżnić marketing zabiegu od realnych możliwości?

Ten przykład dobrze pokazuje, że w medycynie estetycznej trzeba oddzielać nazwę handlową od mechanizmu działania.

Słowa takie jak „laserowy”, „pierwszy na świecie”, „medyczny”, „wolumetryczny” czy „bez igły” mogą brzmieć atrakcyjnie, ale nie zastępują fizjologii skóry, anatomii, głębokości działania, realnego mechanizmu podania substancji i dowodów skuteczności.

Jeśli zabieg działa głównie na naskórek, nie należy go przedstawiać jako odpowiednika wypełniacza, wolumetrii czy mocnej terapii regeneracyjnej.

FAQ – laserowy iniektor

Czy „laserowy iniektor” naprawdę działa laserem?

Według opisu, laser jest małej mocy i służy głównie do świecenia. Słowo „laserowy” pełni tu przede wszystkim funkcję marketingową.

Czy można wykonać wypełniacz bez igły?

Nie w takim sensie, w jakim rozumie się klasyczne wypełnienie tkanek. Igła daje możliwość podania preparatu w głąb tkanki i pozwala kontrolować głębokość oraz ilość preparatu.

Czy urządzenie może wtłaczać substancje przez naskórek?

Technologie zwiększające przepuszczalność skóry istnieją, ale mogą dotyczyć tylko pewnych substancji. Nie oznacza to automatycznie wolumetrii ani ujędrnienia skóry.

Czy taki zabieg może zastąpić wolumetrię?

Nie. Autor wyraźnie wskazuje, że nie jest to zabieg wolumetryczny, tylko lekki zabieg kosmetyczny oparty na zwiększaniu przenikania pewnych substancji przez barierę naskórka.

Czy określenie „pierwszy na świecie” ma znaczenie?

Nie musi mieć żadnego znaczenia klinicznego. Może być wyłącznie elementem budowania wrażenia innowacyjności.

Na czym polega główna manipulacja?

Na użyciu słów „laserowy”, „medyczny”, „wypełniacz”, „wolumetria” i „pierwszy na świecie” w sposób, który sugeruje więcej, niż wynika z realnego mechanizmu działania.

Podsumowanie

  • „Laserowy iniektor” wykorzystuje słowo „laserowy” przede wszystkim jako wabik marketingowy.
  • Laser o małej mocy nie oznacza skuteczności porównywalnej z zabiegami laserowymi w medycynie estetycznej.
  • Bez igły nie da się wykonać klasycznego wypełnienia ani precyzyjnej wolumetrii.
  • Technologia zwiększająca przepuszczalność skóry istnieje, ale nie jest nowością.
  • Zabieg może być lekką metodą kosmetyczną, ale nie zabiegiem wolumetrycznym ani mocno ujędrniającym.
  • Nazwa i komunikacja marketingowa nie powinny zastępować realnego mechanizmu działania.

Linki polecane

Disclaimer

Powyższy materiał ma charakter informacyjny i edukacyjny. Nie stanowi porady medycznej ani indywidualnej rekomendacji terapeutycznej. Każdy przypadek wymaga indywidualnej konsultacji z lekarzem oraz odpowiedniej diagnostyki.

Bez komentarza

Zostaw komentarz

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

sassadsadasdsad