Marek Wasiluk
 

Naturalność w medycynie estetycznej. Social media a rzeczywistość w gabinetach

Inspiracji do napisania tego tekstu dostarczyła mi niedawno jedna z dziennikarek. Zadała mi pytanie o zamożne kobiety, dziś w okolicach pięćdziesiątki, które zaczęły korzystać z zabiegów już jako 30-latki. Sugerowała w nim, że są one „ofiarami” dawnej, niedoskonałej medycyny estetycznej. W zamierzeniu miało to być zapewne pytanie retoryczne, a okazało się pytaniem z założenia błędnym.

Naturalność efektów w medycynie estetycznej

Mamy 2026 rok. To czas, w którym marketing medycyny estetycznej na każdym kroku odmienia przez wszystkie przypadki słowo „naturalność”. Wszędzie słyszymy o „slow-agingu” i zasadzie „mniej znaczy więcej”.
Niestety, w większości są to puste hasła. Towarzyszy im narracja, że 10 czy 15 lat temu było inaczej, bo „nikt nie brał pod uwagę konsekwencji ówczesnych zabiegów”. To całkowicie nieprawdziwy obraz kreowany przez social media – zbudowany ze sloganów, które nie mają żadnego pokrycia w gabinetowej rzeczywistości.

Mit „ofiar dawnej medycyny estetycznej”

Przede wszystkim nieprawdą jest, że dzisiejsze 50-latki są ofiarami rzekomo nieudolnej medycyny estetycznej sprzed dekady czy dwóch. Jeśli niektóre z nich rzeczywiście ucierpiały na wyglądzie, to nie dlatego, że medycyna estetyczna nie dysponowała wtedy odpowiednimi materiałami, technologiami czy narzędziami do uzyskania naturalnego efektu.

Powiedziałbym wręcz, że z tą naturalnością było wtedy znacznie lepiej niż dziś.

Dlaczego tak uważam?
Doświadczenie własne. Zajmuję się medycyną estetyczną od kilkunastu lat. Nie przypominam sobie, abym komukolwiek zrobił sztuczną, przerysowaną twarz czy usta. Owszem, zdarzały się usta większe, ale wyłącznie na wyraźne życzenie (wręcz żądanie) pacjentki. Moja praca jest więc dowodem na to, że kilkanaście lat temu dało się uzyskiwać piękne, naturalne efekty.

Mit „złych wypełniaczy” i „dobrych stymulatorów”.  Przekaz, że kiedyś efekty były sztuczne, bo używało się kwasu hialuronowego, a teraz są naturalne, bo mamy stymulatory, to bzdura. Od lat znane są metody, które teraz przeżywają swój renesans, czyli np. kwas polimlekowy. Podawałem go pacjentom 15 lat temy, zanim stał się modny. Również polikaprolakton i hydroksyapatyt wapnia to preparaty zarejestrowane przed 2010 rokiem.

Brak rewolucji. W ciągu ostatnich 10 lat w medycynie estetycznej nie pojawiła się żadna rewolucyjna technologia, maszyna czy preparat. Podobnie z naszą wiedzą o anatomii, procesach starzenia czy mechanizmach działania preparatów – to wszystko już dawno wiedzieliśmy.

Modne stało się po prostu mówienie o naturalności. Paradoks polega na tym, że im głośniej o niej krzyczymy w sieci, tym więcej zniekształconych, sztucznych twarzy widzimy na ulicach.

Dlaczego? Między innymi dlatego, że co innego mówić (to jest łatwe), a co innego robić zabiegi tak, żeby uzyskiwać naturalne efekty (to jest znacznie trudniejsze)

10 powodów, dlaczego na ulicach jest tyle sztuczności

Skoro kiedyś było „źle”, a teraz jest „dobrze”, to dlaczego w moim gabinecie pojawia się coraz więcej osób z powikłaniami w postaci nienaturalnego wyglądem po zabiegach wykonanych w innych gabinetach? I to wykonanych w ciągu ostatnim czasie.
Rzeczywistość jest brutalna. Piękne hasła służą głównie do przyciągania pacjentów. Miejsc, w których specjalista potrafi rozsądnie poprowadzić pacjenta i naprawdę myśli o jego naturalnym wyglądzie, a nie o „wciskaniu” tego, co akurat ma na stanie, jest niewiele.
Sztuczność nie bierze się z braku odpowiednich preparatów. Wynika z konkretnych błędów i postaw:

1. Chęć szybkiego zarobku

To główny mechanizm napędowy. Jeśli „zabiegowiec” widzi pacjenta z portfelem, który panicznie boi się zestarzeć, pojawia się pokusa, by robić zabieg za zabiegiem, bez umiaru i realnych wskazań.

2. Stosowanie niewłaściwych metod pod dyktando marży

To bezpośrednie następstwo punktu pierwszego. Zamiast dobrać metodę optymalną dla kondycji skóry, stopnia nasilenia procesów starzenia, „konstrukcji (celowo używam tego słowa zamiast anatomii, bo anatomia to nie wszystko) twarzy, kondycji zdrowotnej i potrzeb pacjenta, wybiera się tę, na której gabinet ma najwyższą marżę. W tym punkcie mieści się też kupowanie tańszych preparatów z danej grupy produktowej.

Różnice w cenie między preparatem dobrej jakości i średniej jakości bywają kilkukrotne. I mimo iż oba są certyfikowane to różnica w biozgodności i tym, jak produkt integruje się z tkanką, jest ogromna.

Testowałem to na produktach z kwasem hialuronowym i polimlekowym. Preparat dobrej jakości dobrze się „układa”, co ma bezpośredni wpływ na naturalność efektu zabiegu.
Większość gabinetów kierują się filozofią szybkiej maksymalizacji zysków (tanio kupić produkt, drogo sprzedaż zabieg). Ale można przyjąć inną strategię (korzystniejszą długoterminowo dla pacjenta i lekarza): dobry produkt, wyższa cena zabiegu, mniejsza marża, lepszy i bardziej naturalny efekt, a przy okazji większe bezpieczeństwo, mniej powikłań.

3. Myślenie wyłącznie o efekcie „tu i teraz”

Wielu wykonawców robi zabieg i zupełnie nie zastanawia się, co stanie się z twarzą pacjenta za rok, dwa czy pięć lat. Nie interesują ich np. długofalowe konsekwencje nadmiernego stosowania stymulatorów, nie zastanawiają się, w jakim kierunku będzie się starzeć twarz pacjenta, co będzie jego największym problemem za 5,10 czy 15 lat.

4. Brak rzetelnej wiedzy i umiejętności technicznych

Wiedza teoretyczna to za mało. Często brakuje umiejętności technicznych, nawet w takich kwestiach, jak podać preparat, kiedy igłą, a kiedy kaniulą i jaka jest realna różnica. Albo w jakim miejscu go zdeponować, nie tylko w kontekście, czy bardziej w lewo, czy w prawo, ale czy głębiej czy płycej. Dochodzi do tego brak umiejętności dobierania preparatu i metody do konkretnego kształtu twarzy czy do rodzaju tkanki, bo to jakie jest kształt twarzy oraz czy tkanka jest zbita czy cienka też ma znaczenie.

5. Brak wyobraźni i zmysłu estetycznego

Medycyna estetyczna to sztuka, nie rzemiosło. Wymaga całościowego spojrzenia. Efekt w danym obszarze (np. w okolicy oka) musi współgrać z resztą twarzy. Trzeba też pamiętać, że wiele preparatów (jak kwas polimlekowy) działa z dużym opóźnieniem. Lekarz musi umieć wyobrazić sobie, jak twarz będzie wyglądać za kilka miesięcy.

6. Ślepe podążanie za modą

Mody przychodzą i odchodzą. Czy ktoś jeszcze pamięta modę na usta „na płasko” (tzw. russian lips)? Pojawiają się raz po raz mody na konkretne urządzenia czy preparaty, napędzane reklamami i socialmediami. Uleganie tym trendom rzadko kiedy przynosi dobre efekty.

7. Schematyzm zabiegowy

Wielu zabiegowców uczy się na kursach jednego, konkretnego schematu podawania preparatu i potem bezrefleksyjnie kopiuje go na każdej twarzy, ignorując indywidualne cechy anatomiczne pacjenta.

8. Ograniczone portfolio metod

Uzyskanie w pełni naturalnych efektów wymaga łączenia metod. Najlepsze rezultaty daje praca urządzeniami (np. laserami) i produktami podawanymi iniekcyjnie, a nie samą igłą i strzykawką. Jednak większość gabinetów robi odwrotnie, bo łatwiej kupić preparat niż laser.

9. Brak cierpliwości

Zarówno ze strony specjalisty, jak i pacjenta. Przebudowa tkanki i naturalne odmłodzenie wymagają czasu. Szybkie efekty robione „na skróty” niemal zawsze wyglądają sztucznie.

10. Wciskanie zabiegów niedopasowanych do wieku

Klasycznym przykładem jest wmawianie młodym dziewczynom potrzeby wykonywania silnych zabiegów stymulatorami objętościowymi. Szczególnie dotyczy to kwasu polimlekowego, który jest genialnym preparatem, ale dla twarzy dojrzałych, które potrzebują odbudowy objętości. Kiedy wstrzykuje się go profilaktycznie 30-latkom, kończy się to płaczem: „To nie jest moja twarz, nie poznaję siebie w lustrze”.

Dlaczego dzisiejsze 30-latki mogą stać się prawdziwymi ofiarami?

Mam głębokie przekonanie, że pacjentki, które dziś jako 30-latki zaczynają swoją przygodę z medycyną estetyczną, są wystawione na ryzyko większe, niż kobiety wspomniane we wstępie.
W moim gabinecie zgodnie z zasadą Pareto w około 80% przypadków problemów związanych ze starzeniem się twarzy moich pacjentów, stosuję zaledwie 20% sprawdzonych, klasycznych metod, które są na rynku od lat. Nie ma potrzeby ciągłego szukania „nowości”. Poprawia się nasza precyzja, ale baza pozostaje ta sama.

Dlaczego współczesne młode pokolenie jest w strefie podwyższonego ryzyka i za 15-20 lat może będzie się mówiło o nim, że jest ofiarą medycyny estetycznej?

  1. Obsesja na punkcie wyglądu. Social media stworzyły pokolenie chorobliwie skupione na swoim wizerunku. Te osoby są niezwykle podatne na sugestię i marketingowy nacisk. Można im wmówić każdy zabieg.
  2. Dostępność cenowa. Zabiegi stały się relatywnie tańsze w stosunku do zarobków w porównaniu do tego, co było 15 lat temu. Kiedyś medycyna estetyczna była dobrem luksusowym. Dziś dla młodego człowieka zarabiającego średnią krajową, zabieg za 1500 złotych nie jest barierą finansową.
  3. Agresywność zabiegów. Kiedyś standardowym zabiegiem profilaktycznym dla młodych osób była mezoterapia igłowa. Nawet źle wykonana, rzadko kiedy robiła krzywdę (poza ewentualnymi powikłaniami infekcyjnymi). Dziś młodym ludziom podaje się bez umiaru stymulatory tkankowe, a to one sa główną przyczyną sztuczności w wyglądzie.

Młode osoby ulegają presji, że „jeśli nie chcesz się starzeć, musisz raz w miesiącu coś sobie wstrzyknąć”. Tymczasem te zabiegi, które dziś są mainstreamem, stosowane zbyt wcześnie i przez lata, zrobią z twarzy… podeszwę.

Co to znaczy „wyglądać młodo”?

Trudno oczywiście dyskutować o gustach. Część osób po trzydziestce chwali się w sieci, że dzięki medycynie estetycznej wygląda lepiej niż dekadę temu. Kiedy jednak patrzy się na ich zdjęcia z przeszłości, sprawa nie jest już taka oczywista. Wtedy wyglądali naturalnie, dziś – plastikowo.

Musimy zadać sobie kluczowe pytanie, co to znaczy wyglądać młodo? Czy zależy nam na tym, aby na twarzy nie było ani jednej zmarszczki kosztem utraty całej mimiki? Czy chcemy zachować ludzkie rysy i naturalne emocje?

Kiedy skóra jest napięta jak na bębnie, a policzki stają się przerysowane, twarz zaczyna przypominać figurę woskową, a nie żywego człowieka.

Odgrzewany kotlet, czyli rewolucja, która nie istnieje

Na koniec mała anegdota pokazująca, jak bardzo branża kręci się w kółko. Temat „naturalności” to żaden nowy trend – to marketingowy odgrzewany kotlet.
Kilka lat temu jedna z przedstawicielek dużej firmy medycznej opowiadała mi z wypiekami na twarzy o „niesamowitym odkryciu”, jakiego dokonała na zagranicznym kongresie. Zachwycała się wykładem francuskiego lekarza, który stwierdził, że medycyna estetyczna świetnie radzi sobie z odbudową kształtu twarzy i poprawą jakością skóry, ale wciąż jest wyzwaniem osiągnięcie naturalności w mimice – czyli sprawienie, by twarz wyglądała dobrze także wtedy, kiedy pacjent mówi i się śmieje.

Dla tej kobiety, pracującej od lat w samym sercu branży, było to objawienie. Dla mnie to oczywistość, którą powinien znać każdy lekarz rozumiejący istotę profesjonalnego odmładzania.

Półtora roku temu na innym kongresie międzynarodowym słyszałem dokładnie te same tezy, wygłaszane w identycznej atmosferze „wielkiego naukowego odkrycia”.

Lata mijają, a my wciąż dyskutujemy o tym samym!

Prawda jest taka, że naturalność nie stała się nagle teraz możliwa do osiągnięcia, a kiedyś nie była. Wymaga jednak tego samego, co 15 lat temu: umiaru, rzetelnej wiedzy medycznej i etyki, która stoi ponad chęcią szybkiego zysku, oraz zmysłu artystycznego i myślenia.

Podsumowanie

Współczesna medycyna estetyczna, wbrew marketingowym hasłom o rewolucyjnych stymulatorach, od ponad piętnastu lat dysponuje tymi samymi, skutecznymi metodami pozwalającymi na zachowanie naturalnego wyglądu. Nienaturalne efekty i przerysowane rysy twarzy nie wynikają z wad preparatów, lecz z braku wyobraźni specjalistów, pogoni gabinetów za zyskiem oraz ślepego podążania za internetowymi trendami.
Największe ryzyko sztuczności dotyka obecnie młodych 30-latków, którzy pod wpływem presji social mediów nadużywają agresywnych terapii i zbyt często chodzą na zabiegi. Kluczem do bezpiecznego odmładzania pozostaje umiar, głębokie zrozumienie anatomii oraz dopasowanie metod do wieku i realnych potrzeb pacjenta.

FAQ – naturalność vs sztuczność w medycynie estetycznej

Dlaczego po zabiegach medycyny estetycznej powstaje sztuczny efekt „przerysowania”?

Nienaturalny wygląd najczęściej wynika z podania zbyt dużej ilości preparatu i częstotliwości zabiegów, złej techniki iniekcji lub wyboru produktów o niskiej jakości, na których gabinet ma najwyższą marżę. Często winne jest też rutynowe stosowanie jednego schematu u każdego pacjenta bez uwzględnienia jego indywidualnej anatomii i wieku.

Czy obecne metody medycyny estetycznej pozwalają na uzyskanie bardziej naturalnych efektów?

Od dekady nie nastapiła żadna istotna rewolucja w medycynie estetycznej. Metody, które są aktualnie modne, jak np. kwas polimlekowe znane są od ponad 20 lat. Mówienie aktualnie o „naturalności” jest modą i nie oznacza, że kiedyś nie można było osiągnąć naturalnych efektów odmładzania. Wręcz przciwnie.

Jak odmłodzić twarz, zachowując przy tym jej naturalną mimikę?

Podstawą jest doświadczenie lekarza, duże portfolio metod, urządzeń i preparatów, a także cierpliwość lekarza i pacjenta.

O ekspercie

Dr Marek Wasiluk – specjalista i ekspert medycyny estetycznej. Właściciel kliniki medycyny estetycznej L’experta w Warszawie. Prekursor wielu metod leczenia. Jako pierwszy i jedyny Polak, ukończył studia MSC in Aesthetic Medicine (studia magisterskie, Medycyna Estetyczna) w szkole Barts and The London School of Medicine and Dentistry na prestiżowym uniwersytecie Queen Mary University of London. Autor eksperckiego bloga www.marekwasiluk.pl i książek pt. „Medycyna estetyczna bez tajemnic” oraz „Młodziej. Anti-age. Jak wyglądać pięknie i naturalnie”.

Bez komentarza

Zostaw komentarz

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

sassadsadasdsad