Marek Wasiluk
 

Kto może wykonywać zabiegi medycyny estetycznej – komunikat Ministerstwa Zdrowia. Koniec samowolki?

Pod koniec stycznia pojawił się komunikat Ministerstwa Zdrowia w sprawie uprawnień do wykonywania zabiegów medycyny estetycznej. Komunikat ten jednoznacznie interpretuje przepisy prawa obowiązujące w Polsce. W branży zapanował szok i niedowierzanie.

Kto może wykonywać zabiegi medycyny estetycznej i lista zabiegów

W komunikacie czytamy, że uprawnienia do wykonywania zabiegów medycyny estetycznej posiadają:

wyłącznie lekarze specjaliści dermatologii i wenerologii oraz chirurgii plastycznej, a także inni lekarze i lekarze dentyści (zwani dalej: lekarzami), posiadający prawo wykonywania zawodu na czas nieokreślony, którzy odbyli dodatkowe szkolenia i uzyskali certyfikaty w zakresie wykonywania procedur medycyny estetyczno-naprawczej”.

Z komunikatu wynika, że ok. 90 procent najpopularniejszych zabiegów medycyny estetycznej to zabiegi medyczne, które może wykonywać tylko lekarz. Na tej liście znajdują się:

  • toksyna botulinowa,
  • kwas hialuronowy,
  • stymulatory objętościowe (kwas polimlekowy, hydroksyapatyt wapnia, polikaprolakton),
  • mezoterapia i stymulatory tkankowe,
  • osocze bogatopłytkowe,
  • nici,
  • zabiegi laserowe,
  • RF,
  • HIFU,
  • karboksyterapia,
  • peelingi średniogłębokie i głębokie, itd.

Praktycznie wszystko!

Szok i niedowierzanie

Komunikat wywołał szok, niedowierzanie i panikę. W ślad za nim pojawiło się mnóstwo filmików, głównie kosmetyczek i kosmetologów, którzy pytają: Co mam teraz zrobić? Kształciłam się 5 lat. Robiłam kursy. Nikt mi tego nie powiedział. Czy mam zamknąć biznes? Pewnie zaraz pojawią się grupy wsparcia i argumenty, że tak nie może być, bo taki komunikat zabija biznes tych ludzi, że stracą pracę i dochody.

Czy stymulatory tkankowe dobiły rynek beauty?

Zanim napiszę, co ja myślę na ten temat i dlaczego moje podejście się zradykalizowało przez lata, spróbuję wyjaśnić, dlaczego w ogóle doszło do wydania takiego komunikatu.

Po pierwsze, sytuacja, z jaką mamy do czynienia w medycynie estetycznej, to wrzód, jaki narastał od dawna i wreszcie został nacięty.

Po drugie, na pewno nie rozwiąże to problemu z automatu, z dnia na dzień. Z pewnością będzie próba walki, przerzucania się argumentami, ale też dużo osób zignoruje komunikat i będzie robić swoje. Nie ma jednak wątpliwości, że ten dokument Ministerstwa Zdrowia niesie ogromne implikacje dla całej branży.

Po trzecie, branża beauty sama jest sobie winna przez to, co robiła przez ostatnie 15 lat, a szczególnie 5-7 ostatnich.

Moim zdaniem najmocniej do aktualnej sytuacji w sensie procedur zabiegowych przyczyniły się stymulatory tkankowe.

Pięć lat temu wszyscy potraktowali je jak żyłę złota. Zaczęto stosować je w nadmiarze, na wszystko, lekkomyślnie, żeby tylko wcisnąć pacjentowi. Było i jest to bardzo lekkomyślne. Wprowadzano zabiegi i procedury, które okazały się niebezpieczne, kończyły się uciążliwymi powikłaniami. A trudne powikłania doprowadziły do tego, że pacjenci zaczęli składać zażalenia do różnych urzędów.

Skala tego była na tyle duża, że ktoś zaczął to zauważać.

Wcześniej, kiedy królował kwas hialuronowy, mezoterapia czy depilacja laserowa, nie było aż tak masowych i trudnych powikłań. Jak się pojawiały, to dawały się one opanować na ogół hialuronidazą, antybiotykami czy inną terapią; pacjent na tyle szybko dochodził do siebie, że wszystko dobrze się kończyło.
Natomiast powikłania po stymulatorach tkankowych albo były nieusuwalne, albo ich leczenie trwało pół roku lub dłużej. Pacjentom trudno było to znieść. I moim zdaniem to był czynnik dobijający całą branżę.

 

Zobacz też:
Nietypowe powikłania po stymulatorach tkankowych

 

Lobbing i social media

Drugim wyzwalaczem moim zdaniem była zbytnia „natarczywość” środowiska kosmetologicznego i różnego rodzaju organizacji, które dążyły do wymuszenie określenia kompetencji kosmetologów i tego, jakie procedury estetyczne powinny być przynależne lekarzom, a jakie mogą być wykonywane przez nie lekarzy. Tak więc zostało to zinterpretowane przez Ministerstwo Zdrowia… trochę na prośbę samych kosmetologów. Tak sobie myślę, że być może środowisko kosmetologów lobbując za zajęciem stanowiska przez Ministerstwo Zdrowia liczyło na coś innego (czyli na stanowisko, że kosmetolodzy „mogą wszystko”) i się troszkę przeliczyło. Nie wiem tego na pewno, bo nie uczestniczyłem w tym, ale wiem, że tego typu lobbing się odbywał.

Trzecim elementem moim zdaniem były social media, na których pojawiły się setki samozwańczych ekspertów i szkoleniowców (bo stało się to bardzo łatwe), co wywołuje przerażenie, ale przede wszystkim spowodowało drastyczny wzrost ryzyka dla pacjentów, że trafią w nieprofesjonalne ręce i zostaną skrzywdzeniu.

To w połączeniu z coraz większą inwazyjnością zabiegów medycyny estetycznej spowodowało reakcję Ministerstwa Zdrowia.

 

Polecamy:
Ściemy z Tik Toka, czyli o ignorancji pseudospecjalistów

 

Dla kogo to dobra informacja?

Czy dobrze, że taki komunikat i taka regulacja rynku się pojawiła? Z perspektywy pacjenta – tak. Dlatego, że to, co w ostatnim czasie działo się na rynku, było naprawdę i załamujące, i alarmujące. To był plebiscyt na to, kto wymyśli większą głupotę. Kto lepszą wiralową ściemę puszczał, lepiej poprawił zdjęcia „efektu” w programie graficznym, ten wygrywał. Kto więcej zabiegów wciskał, ten wygrywał, bo więcej zarabiał.

Nie patrzyło się na etykę, tylko na zaradność w zarabianiu. Dlatego z punktu widzenia pacjenta regulacje, które to ukrócają, są bardzo pozytywną wiadomością.

Z punktu widzenia całej branży medycyny estetycznej to także jest dobra wiadomość, bo przyszedł czas, aby oddzielić ziarno od plew. Wiele razy pisałem o tym, jak rozjeżdżają się standardy profesjonalnej i szemranej medycyny estetycznej. Kiedy w dobrych i złych preparatach, w dobrych i złych zabiegach, proporcje przechylały się na rzecz tych drugich, to opinia o medycynie estetycznej, o jej skuteczności i bezpieczeństwie, stawała się coraz gorsza i cała branża na tym traciła.

Dobrym zabiegom i realnym efektom ciężej się przebić medialnie niż temu, co jest scamem.

Zresztą te lepsze zabiegi u lepszych specjalistów nie są zabiegami masowymi. A nawet gdy weźmiemy pod uwagę powszechne zabiegi, jak modelowanie ust, to ktoś, kto ma dobrze zrobione usta, nie chwali się nimi, a te sztuczne, często za duże, widać od razu.
Uważam więc, że komunikat Ministerstwa Zdrowia to dobra informacja dla całej branży, bo umożliwi budowanie wiarygodności, którą medycyna estetyczna zaczęła tracić.

Zobacz też:
Czy branża beauty znajduje się w głębokim kryzysie?

 

Dla kogo to zła wiadomość?

Dla niemedyków ten komunikat jest dużym problemem. Mamy tutaj dwie grupy. Są świadomi kosmetolodzy, którzy od zawsze byli etyczni i ostrożni. Pewne zabiegi – jak laserowa depilacja czy kawitacja i inne mniej inwazyjne – robili, a innych nie (jak np. kwas polimlekowy na brzuch czy laser ablacyjny CO2).
Były więc i są osoby uczciwe w branży.

Jest jednak ogromna grupa, która w ogóle się nie przejmowała tym, czy zabieg jest inwazyjny czy nie, czy można go wykonywać legalnie czy nie.

Dlatego tak dużo kosmetologów i osób innych nie-lekarzy wykonywało zabiegi toksyną botulinową, co było jawnym łamaniem prawa. Nawet się tym chwalili, co jest już totalnie niezrozumiałe. To tak, jakby haker włamywał się na czyjeś konto w banku i pokazywał, kim jest, jak to robi i jak komuś zabiera pieniądze. To pokazywało, według mnie, patologią, totalny brak etyki, ale też i tupet.
Stracą jednak obie te grupy. Chociaż nie wiem, która bardziej. Niewykluczone, że ci, co się nie przejmowali, nadal będą robić swoje, poza prawem, w szarej strefie. Tyle że pacjenci będą bardziej świadomi.

Jeszcze à propos strat i tego, że zostało im coś odebrane. Pytanie brzmi, czy w ogóle mieli kiedykolwiek uprawnienia do wykonywania zabiegów, po które sięgali?

A szczególnie od kilku lat. Z jednej strony o tym rozdziale kompetencji i coraz mocniejszym wkraczaniu kosmetologów na tereny medycyny estetycznej mówiło się od dawna. Jednocześnie nie było jasnego orzecznictwa, co widać było w sądach, które różnie podchodziły do spraw spornych, jakie do nich trafiały. Istniała więc szara strefa interpretacji, co jest, a co nie jest zabiegiem medycznym, więc każdy interpretował to po swojemu, tak jak było mu wygodnie. Jedni podchodzili do tego rozważniej, inni niczym się nie przejmowali. Z drugiej strony od kilku lat obowiązuje ustawa o wyrobach medycznych, która wyraźnie definiuje kto może stosować wyroby medyczne, i mówiąc w skrócie w przypadku większości produktów (np. kwas hialuronowy, stymulatory) i urządzeń mogę do robić osoby o wykształceniu medycznym. Więc to jest jasno zdefiniowane, i nie podlega interpretacji, bo kosmetolog to nie jest zawód medyczny. Tak więc branża sama sobie jest winna. Wiele razy ostrzegałem w tekstach, że samowolka doprowadzi do kryzysu i zaostrzenia – być może wręcz zbyt rygorystycznego – przepisów.

Zobacz też:
Profesjonaliści i laicy czyli przełomowy komunikat na temat kompetencji w medycynie estetycznej

 

Manipulacje producentówi dystrybutorów

Producenci i dystrybutorzy też na tym stracą, bo skurczy się rynek, może też będą większe kontrole. A to oznacza mniejszą sprzedaż. Ale powiem, że oni też są sami sobie winni. Bo byli zachłanni i działali na granicy prawa. Większość firemek, która sprzedawała na naszym rynku, miała jeden cel – nawijać makaron na uszy osobom wykonującym zabiegi, znaleźć niewinne owieczki, która kupią preparaty i urządzenia, i przekonywać je (w sposób nieformalny), że wszystko mogą robić.

Doskonałym przykładem działania tego rynku był kwas polimlekowy pod oczy.

Oczywiste było, że tego preparatu nie stosuje się pod oczy – wiedza medyczna na ten temat nie pozostawiała wątpliwości, producent też jasno to określał. A jednak polski dystrybutor na szkoleniach miał swoją narrację: „róbcie pod oczy, to zaaprobowane, nie bójcie się”. Wszystko po to, by nakręcić sprzedaż. Skończyło się to oficjalnym komunikatem, tzw. pilną notatką na temat bezpieczeństwa preparatu z kwasem polimlekowym pod oczy. Dopiero po tej notatce raptem wszyscy położyli uszy po sobie. Mogła to być jedna z cegiełek, która przyczyniła się do obecnego komunikatu Ministerstwa Zdrowia.

Pisałem o tym tutaj:
Pilna notatka bezpieczeństwa na temat kwasu polimlekowego

Pacjent jak lalka

Na rynku beauty jest tak ogromna ilość powikłań, ściem, braku wiedzy i braku odpowiedzialności, że potrzebne było wydarzenie, które tym rynkiem potrząśnie, i to mocno. Bo przecież zabiegi medycyny estetycznej są ingerencją w ciała pacjentów. To nie jest coś, co nie pozostawia śladu, a niestety wiele osób wykonywało zabiegi bez świadomości tego faktu, bagatelizując go. Z tym brakiem wiedzy boryka się całe środowisko – i lekarze, i kosmetolodzy, i kosmetyczki.

Tak, lekarze też. Mam z nimi kontakt, szkolę ich, więc wiem, jak wielu z nich nie ma wiedzy, nie rozumie mechanizmów działania laserów czy innych urządzeń albo preparatów.

Ale lekarze mają jedną rzecz, której brakuje całej reszcie: ostrożność, lęk przed skutkami zabiegów i świadomość, że praca z organizmem ma ogromną dozę nieprzewidywalności.

A ponieważ zawsze ta nieprzewidywalność może się objawić w reakcji organizmu, są z natury ostrożni. Nie-lekarze tego nie mają. Nie mają świadomości, często żadnej obawy, traktują pacjenta jak lalkę. To jest naprawdę zasadnicza, generalna i kluczowa różnica między osobami wykonującymi zawód medyczny a osobami spoza tego kręgu.

Restrykcyjna zmiana

Szkoda mi trochę kosmetologów – tych bardziej profesjonalnych, uważnych, ostrożnych, etycznie podchodzących do wykonywanego zawodu, którzy przez lata budowali swoje kompetencje. Natomiast patrząc na cały rynek, szczególnie przez perspektywę pacjenta, uważam, że dobrze się stało. Może ci etyczni kosmetolodzy powinni byli wcześniej wpłynąć jakoś na zaprowadzenie porządku wewnątrz własnego środowiska, bo teraz ponoszą konsekwencje zachowania tej grupy, która w pogoni za zyskiem straciła zdrowy rozsądek.
Komunikat Ministerstwa Zdrowia jest bardzo restrykcyjny i utrudni różne rzeczy.

Na liście zabiegów, które według nowych wytycznych powinni wykonywać tylko lekarze, znalazła się np. depilacja laserowa. Od lat zabiegi te były robione przez nie-lekarzy i rzadko pojawiały się większe komplikacje.

Więc wskutek dużego przegięcia na rynku beauty, samowolki i tygodniowych kursów, po których ktoś ogłaszał się wielkim ekspertem, przyszły ograniczenia, które są naprawdę mocno restrykcyjne.
W L’expercie od zawsze trzymaliśmy wysoki standard. Laser frakcyjny ablacyjny zawsze wykonywał lekarz, najczęściej ja. Kwas polimlekowy – zawsze lekarz. Modelowanie ust – zawsze lekarz. Natomiast depilację laserową robili kosmetolodzy albo pielęgniarki.

Pisałem kiedyś, że może rozwiązaniem w rozdziale kompetencji byłoby ustalenie, że pewne zabiegi mogą robić nie-lekarze po odpowiednim przeszkoleniu, ale nie przez domorosłych ekspertów, tylko w ramach jakiegoś programu ogólnopolskiego, rządowego czy opracowanego przez towarzystwa, które by się tym zajmowały.

Mętna woda i ewolucja poglądów

Przepisy były mętne. Wszystkim się wydawało, że jest dobrze, że w mętnej wodzie ryby biorą łatwiej. Ale w tej mętnej wodzie były też rekiny. Powtórzę: zachłanność, która najbardziej objawiła się przy stymulatorach tkankowych, bardzo przyczyniła się do obecnej sytuacji. Ktoś wskutek powikłań i skarg zaczął się przyglądać rynkowi i reakcja jest bardzo restrykcyjna.

A co ja o tym myślę? Na przestrzeni lat nastąpiła ewolucja moich poglądów.

Zawsze uważałem, że pewne zabiegi muszą wykonywać osoby kompetentne, najlepiej lekarze, a jednocześnie, że są też zabiegi, które mogą wykonywać kosmetolodzy. Moje poglądy na to zaczęły się radykalizować, gdy zobaczyłem, jakie pokusy stwarza możliwość wykonywania zabiegów przez kosmetologów, jak dużo pojawia się powikłań i jakie jest to niebezpieczne dla pacjentów.

Do tego doszło traktowanie pacjentów jak lalki, kukły, którym nic się nie może stać, i można w nich wstrzykiwać „tony” preparatów.

Jest jeszcze jeden aspekt. Osoby bez wystarczającej wiedzy nie są też w stanie merytorycznie rozmawiać o produktach czy urządzeniach i ich oddziaływaniu na żywego człowieka, i kwestionować tego, co wmawiają im przedstawiciele handlowi, którzy wykorzystują każdy rodzaj manipulacji czy niedopowiedzenia, żeby sprzedać produkt. Powiedzą, że jest świetny albo że ma super cenę, i kosmetolodzy go kupią, nie sprawdzając, czy to ma podstawy merytoryczne, medyczne, czy preparat naprawdę ma certyfikat (w tym zakresie nie należy ufać przedstawicielom) albo jaki ma skład, jak może/powinien oddziaływać na żywą tkankę.

A potem, gdy coś się dzieje niedobrego u pacjenta, taki „ekspert” woła, że przecież on nie wiedział. Niestety to typowy scenariusz.

Czy od jutra kosmetyczki przestaną robić zabiegi? Prawdopodobnie będą robić dalej, walczyć, biadolić, że następuje niszczenie rynku, że bezrobocie, leasingi, niespłacone kredyty, że zbankrutują.

Jak Boeing ukrył prawdę

Chcę jeszcze przywołać pewien przykład spoza branży beauty – o tym, jak nieetyczne działania z myślą tylko o własnym interesie mogą doprowadzić do katastrofalnych dla niewinnych ludzi skutków.
W 2017 roku wszedł nowy typ Boeinga 737 Max. Bezpośrednią przyczyną skonstruowania go było stworzenie przez Airbusa, konkurencyjną firmę, samolotu, który zużywał mniej paliwa. Boeing musiał zareagować, bo wszyscy zaczęli kupować maszyny od konkurencji. W odpowiedzi więc Boeing zmodyfikował swój popularny model 737 – zmienił w nim silniki na bardziej oszczędne. To jednak spowodowało zmianę środka ciężkości samolotu i tendencję do zadzierania dzioba/przeciągnięcia.

Inne wyważenie oznacza, że samolot trzeba inaczej prowadzić, a to z kolei wiąże się z tym, że każdy pilot powinien przejść oddzielne szkolenie na nowy typ maszyny. To koszt kilkudziesięciu tysięcy euro na każdego pilota.

Kto miałby ten koszt ponieść? Czy linie lotnicze będą kupować nowego Boeinga, wiedząc, że muszą do niego szkolić pilotów i ponosić dodatkowe wydatki?
Boeing prawdopodobnie obawiał się, że może być to ograniczeniem w sprzedaży ich samolotów. Co więc zrobił? Nie poinformował w ogóle o tej sytuacji. Przekaz marketingowy był taki, że tymi samolotami steruje się tak samo jak innymi modelami Boeinga 737 i że można na nich latać bez dodatkowego przeszkolenia. Aby zniwelować efekt przesuniętego środka ciężkości, firma dołożyła do samolotu dodatkowy (w teorii inteligentny) system MCAS, który miał kontrolować/korygować kwestię wyważenia i wyrównywać lot samolotu.

Działał on poza wiedzą i kontrolą pilotów, generalnie fakt o nowym systemie był zatajony.

Boeing chciał uzyskać efekt maszyny, która lata tak samo jak wcześniejsze wersje dzięki temu właśnie systemowi, tej „nakładce”. I nikogo nie poinformował – ani linii lotniczych, ani pilotów.
Efekt był taki, że w 2018/2019 roku, w ciągu pół roku wydarzyły się aż dwa wypadki. Boeingi po prostu spadły na ziemię i nie wiadomo było, o co chodzi. Wszystkie samoloty uziemiono, zaczęło się dochodzenie.
Co się okazało. System korygujący lot miał dwa czujniki kontrolujące – gdyby jeden się zepsuł, wtedy włączał się drugi. No chyba że… się nie włączył. A jak się nie włączył, to efekt był taki, że system zaczynał obniżać lot i nie dało się nic z tym zrobić. To znaczy: samolot leciał prawidłowo, w poziomie, ale system korygował lot w dół, bo źle oceniał wypoziomowanie samolotu. Pilot nie był w stanie wyprostować maszyny. Mógłby to zrobić wyłącznie wtedy, gdyby wyłączył system – w dodatku musiałby to zrobić bardzo szybko, bo w ciągu 12 sekund od awarii (o ile dobrze pamiętam). Ale jak miałby to zrobić, skoro nikt go nie poinformował, że taki system w ogóle istnieje?

Firma Boeing długo ukrywała, że to ona jest odpowiedzialna za wypadki; próbowała przerzucić winę na pilotów, że nie umieją latać.

Dopiero śledztwo wykazało, co naprawdę się wydarzyło. Boeing bardzo dużo stracił wizerunkowo na tej akcji.

Ja odnoszę to do pacjentów. Pacjent wsiada do samolotu i ma się czuć bezpiecznie. I wszyscy mają mu ten standard zapewnić: i linie lotnicze, i producent samolotu, i piloci, i regulacje prawne. Medycyna estetyczna skręciła w stronę takiego Boeinga. Dlatego dobrze, że zaczęto to regulować.

Komunikat Ministerstwa Zdrowia – co dalej?

Zmiany po komunikacie Ministerstwa Zdrowia przebiegać będą etapami.
Pierwsza sprawa – pacjenci będą mieli coraz większą świadomość. Może skończy się jazda po bandzie, a zwłaszcza te najgorsze z możliwych praktyki. Chyba że ktoś wymyśli nowy typ oszustw, np. „robię zabiegi mobilnie lub pod fałszywym nazwiskiem i znikam”.

Na pewno ułatwi to orzecznictwo w sądach. W przypadku powikłań i sporów sprawa będzie jednoznaczna: czy ktoś miał kompetencje do wykonania danego zabiegu, czy nie.

Kolejna sprawa to ubezpieczenia. Można się ubezpieczyć od powikłań, ale czy firma ubezpieczeniowa wypłaci odszkodowanie, skoro zabieg będzie wykonany niezgodnie z prawem?
I ostatnia konsekwencja – nielegalne wykonywanie zabiegów, a tym samym narażanie pacjentów na utratę zdrowia, może skończyć się więzieniem.
Co mają zrobić kosmetolodzy? Niektórzy płaczą, że zabrano im prawa. Ale oni tych praw tak naprawdę nie mieli od lat. Wszyscy wiedzieli, że działają w obrębie nieuregulowanego rynku, trochę w szarej strefie, tyle że przez 15 lat wszyscy się do tego przyzwyczaili.

Wyglądało na to, że jest dużo gadania i bicia piany wokół regulacji, a i tak koniec końców przymyka się na to oko. No więc tym razem się nie przymyka.

Dla części osób to jest realny problem. I wiem, że łatwo mi to mówić, ale teoretycznie każdy mógł wykorzystać te ostatnie 15 lat i pójść na medycynę, i ją skończyć. Wiadomo, że to się wiąże z wysiłkiem, dużą ilością zajęć, ale każdy lekarz to przeszedł. Ja zrobiłem studia medyczne, a oprócz tego sześć różnych studiów podyplomowych: MBA, trzy studia z zakresu medycyny estetycznej, dwa studia z zarządzania jakością i coachingu – wszystkie normalnie pracując. Łatwo policzyć, ile to zajęło czasu i wyobrazić sobie, ile kosztowało wysiłku.
Sporo osób kombinowało ze studiami pielęgniarskimi, bo wydawało się, że to uratuje ich sytuację, a wiadomo – studia pielęgniarskie są prostsze i krótsze, niż lekarskie. Ale okazuje się, że jednak nie; według komunikatu Ministerstwa Zdrowia osoba po studiach pielęgniarskich może wykonywać zabiegi, ale tylko pod nadzorem lekarza. Prawdopodobnie słusznie, bo jednak pielęgniarstwo i studia lekarskie są różne.

Radar na przekroczenia

Zabiegi medycyny estetycznej są ingerencją w organizm. To nie jest kładzenie glazury w łazience. Jak ktoś położy krzywo, to można się wkurzyć, przekląć, wymienić lub zaakceptować, ale poza poczuciem estetyki nie zmienia to życia.

Ale jak człowiek zaczyna wyglądać źle po zabiegu medycyny estetycznej, ma powikłania, grudki po zabiegu, to wpływa to na jego dobrostan funkcjonowania, na dobrostan psychiczny.

I ostatnia dygresja. Wyobraźmy sobie, że w środku osiedla jest skrzyżowanie z ograniczeniem prędkości do 50 km/h. Jeśli ludzie przekraczaliby tę prędkość niewiele, powiedzmy do 60 km/h, to byłoby to wbrew przepisom, ale raczej nie niosłoby za sobą poważnych konsekwencji. Jeśli jednak prędkość byłaby przekraczana do 90 km/h i doszłoby do jakiegoś wypadku, to szybko w tym miejscu pojawiłaby się „regulacja” w postaci fotoradaru, który dyscyplinowałby kierowców.

W medycynie estetycznej zaczęto jeździć właśnie 90 km/h przy ograniczeniu do 50 km/h, a niektórzy to nawet 200 km/h.

Póki dozwolone praktyki przekraczano w niewielkim zakresie, nikt nie miał potrzeby regulowania rynku. Kiedy jednak pewna granica rozsądku została przekroczona, uregulowanie rynku stało się niezbędne.

Bez komentarza

Zostaw komentarz

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

sassadsadasdsad